Od dziury w błotniku do wyścigówki
Dominik Pietraszek

Od dziury w błotniku do wyścigówki

  • Dodał: Dominik Pietraszek
  • Data publikacji: 05.05.2018, 17:37

Wszyscy dobrze wiemy, jak bardzo nasze plany często odbiegają od rzeczywistości. Planujemy jedno, myślimy drugie, robimy trzecie. Poznajcie historię Huberta, który zaplanował kupno samochodu, pomyślał o youngtimerze, a zbudował wyścigówkę.

 

Maj 2016. Mój serdeczny przyjaciel wraz z moją pomocą zaczął poszukiwania swojego pierwszego samochodu. Główne założenie było takie, że miał być to samochód nietuzinkowy, nieprzeciętny, taki, który będzie wyróżniał się na tle wszechobecnych Golfów IV, Peugeotów 206/306 czy Hondy Civic. Budżet? Zgodnie ze standardem panującym na naszym rynku “pierwszych samochodów” - nie więcej niż 5 tyś. złotych. Poszukiwania zaczęliśmy od Golfa III w wersji GTI 2.0 16v. Wiedzieliśmy od początku, że za te pieniądze nie znajdziemy popularnej “igiełki”, a co najwyżej w najlepszym przypadku “do poprawek lakierniczych”. Po kilku dniach poszukiwań znaleźliśmy na jednym z popularnych portali z ogłoszeniami całkiem ładną sztukę. Poza kilkoma mankamentami blacharskimi i mało wiarygodnym przebiegiem, ten egzemplarz wydał nam się ciekawy. Właściciel cenił go na 5200 zł. Decyzja zapadła - jedziemy!

 

To było poniedziałkowe popołudnie. Po ustaleniu szczegółów zacząłem szukać nam biletów na pociąg do Torunia, bo tam właśnie znajdował się ten przyszły materiał na youngtimer’a. Jakoś po 16 zadzwonił Hubert. Po chwili rozmowy mogłem wywnioskować, że albo właśnie nominowali go do nagrody Nobla, albo zaraz sam się nominuje do nagrody Darwina. Jego podekscytowanie było nieco denerwujące, ale kiedy już udało mu się wysłowić, okazało się, że znalazł BMW E36 318is. Znawcy tej marki dobrze wiedzą, że ta 4-cylindrówka z koncernu z Monachium w rękach odpowiedniego człowieka potrafi czynić cuda, a w przyszłości będzie równie pożądana co starsza “trójka”, czyli E30 318 is, której kupienie dziś w stanie oryginalnym graniczy z cudem. Dodatkowym plusem był fakt, że ten egzemplarz był do kupienia w Pruszkowie, czyli oddalonej od nas o kilkanaście kilometrów podwarszawskiej miejscowości. Decyzja zapadła - nie jedziemy po Golfa, jedziemy po E36!

 

Hubert umówił się z właścicielem na wtorek na 14. Po dojechaniu na miejsce szybko znaleźliśmy is’a, który okazał się być nieco brzydszy niż na oglądanych wcześniej   zdjęciach. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się dosyć wnikliwie przyjrzeć potencjalnemu kandydatowi na pierwszy własny samochód. Priorytetem dla nas był zdrowy silnik i przede wszystkim cała podłoga, ponieważ w okolicy mamy wielu magików od takich rzeczy, ale żaden nie wyczaruje, jak nie będzie miał do czego…

 

Obaj nie boimy się dużych przebiegów w samochodach, nie jesteśmy marzycielami i nie wierzymy w magiczne 180 tyś kilometrów. Tutaj jednak przebieg 220 tyś wydawał się być oryginalny o czym przekonywały nas wszystkie popularne sposoby sprawdzania tego elementu. Silnik suchy, widać że nigdy nie był myty, szczególnie że sprzedającym była osoba prywatna, a nie handlarz z logo plaka na koszulce. Przyszedł czas na miernik lakieru. Hubert zdecydowaną większość czasu poświęcił na sprawdzenie stanu powłoki, która o dziwo okazała się być oryginalna. Samochód nie był nigdzie szpachlowany ani powtórnie malowany. Co więcej podłoga i progi również okazały się być w niezłym stanie. Jedyne bardzo rzucające się w oczy miejsca to była pordzewiała klapa bagażnika i lewy błotnik, którego dziury zaklejone były szarą taśmą. Ten widok zwiastował szybkie pożegnanie się z dowodem rejestracyjnym w razie jakiejkolwiek kontroli na drodze, więc był to dobry powód do negocjacji i tak już dość niskiej ceny jak za taką sztukę i to w takim stanie. No bo jak to tak bez negocjacji?

 

 

Właściciel - młody facet, który tą E36 kupił celem doprowadzenia do jak najlepszego stanu, wystawił ją za 3600 zł. W wielu przypadkach życie weryfikuje dosyć boleśnie takie plany. W tej sytuacji wizję tego projektu zweryfikowała żona. Kiedy jeszcze oglądaliśmy samochód, wspomniana żona wróciła akurat z pracy i wspólnie po cichu stwierdziliśmy, że z taką żoną, to my również byśmy nie dyskutowali.

 

Hubert, zawodowy negocjator, kupił BMW za 3300 złotych co było naprawdę dobrą okazją jak za 318is w sedanie, którego dodatkowym smaczkiem jest fakt, że w tej wersji nadwozia wyprodukowano raptem 2500 sztuk. Dodatkowymi plusami było oryginalne radio, czarne, skórzane sportseats’y w ładnym stanie i oryginalna, trójramienna kierownica, popularnie nazywana “serduchem”.

 

Szybko się okazało, że wszystkie te plusy w formie wnętrza zostały sprzedane i trafiły do nowych właścicieli i ich projektów. Wszystko za sprawą brata Huberta, który jest pasjonatem motorsportu i miał za sobą już parę startów w amatorskich wyścigach. Jest również fanem marki BMW i posiadaczem E36 M3 w wersji europejskiej, czyli tej z silnikiem 3.2 l i mocą 321 KM. Hubert, który również bardzo interesuje się motorsportem, długo się nie zastanawiał nad propozycją brata i już w niecały tydzień po zakupie zdecydowali, że wspólnymi siłami zbudują wyścigówkę w pełni przygotowaną do wyścigów płaskich oraz co ważniejsze - zgodną z regulaminami obowiązującymi w takich seriach jak Is Cup czy BMW Challenge. (Każda z tych serii ma swoje konkretne obostrzenia co do startujacych pojazdów, jednak na początku budowania wyścigówki, te przepisy pokrywają się w takich kwestiach jak np. klatka bezpieczeństwa, przez co chłopaki nie musieli ukierunkowywać się na konkretną serię).

 

Pierwszym krokiem było zdemontowanie wnętrza samochodu. Boczki drzwi, kanapa, fotele, wykładzina i podsufitka. Deska rozdzielcza została oryginalna, a miejsce fotela kierowcy zastąpił fotel kubełkowy Sparco Circuit II LF. O ile demontaż wnętrza przysporzył nam wiele frajdy, o tyle późniejsza sprzedaż całego wyposażenia śni się po nocach Hubertowi do dzisiaj.

 

Podstawową kwestią podczas przygotowywania samochodu do startów w jakiejkolwiek serii wyścigowej jest zawieszenie, ale każdy kto miał z tym styczność zdaje sobie sprawę, że dobór zawieszenia to wróżenie z fusów. Wszystko okaże się dopiero w praktyce. W tym przypadku chłopaki postawili na zawieszenie Bilstein B8 dostrojone pod wagę samochodu. Oczywistą sprawą jest, że kolejnym krokiem była klatka bezpieczeństwa. Najlepszą firmą spawającą klatki w centralnej, a może i w całej Polsce jest Trela Motorsport. Paweł Trela, mistrz Driftingowych Mistrzostw Polski z 2011 i 2016 roku, wyspawał chłopakom klatkę zgodną z załącznikiem J, czyli ze szczegółowym spisem wszelkich obostrzeń dotyczących budowy samochodów wyścigowych stworzonym przez FIA (Fédération Internationale de l’Automobile - organizacja zajmująca się zarządzaniem sportem samochodowym). Przy okazji oryginalna kierownica została zastąpiona sportową OMP wraz z nabą.

 

 

Trzecim krokiem podczas tej niekończącej się eskapady był wydech. Oryginalny wydech w tym egzemplarzu został zastąpiony wydechem przelotowym o średnicy 2,5 cala.

 

 

Czym byłoby budowanie wyścigówki bez możliwości przetestowania jej? Po takiej krótkiej refleksji szybko okazało się, że na najbliższym trackday’u nie może zabraknąć chłopaków z is’em. Wybór padł na tor Ułęż, gdzie okazało się, że zawieszenie nie spełnia oczekiwań. Po krótkim namyśle chłopaki zostawili amortyzator Bilsteina, ale wymienili sprężyny na te firmy Eibach. Cały projekt z założenia nie miał być chwilowym wymysłem, a w pełni profesjonalną wyścigówką. Wyjazd na trening ukazał chłopakom kolejny problem, czyli przerwy w dostawach paliwa przy pokonywaniu zakrętów. Aby zapobiec negłemu spadkowi mocy, zamontowany został swirl pot, czyli 2-litrowy zbiornik benzyny wraz z pompą, dzięki któremu samochód nawet w szybkich i ciasnych zakrętach prowadził się jak należy.

 

 

Jeżeli do tego momentu dotrwali jacykolwiek fani seryjnych i w pełni oryginalnych samochodów to muszę Was jeszcze bardziej zmartwić. Samochód przygotowany do wyścigów musi przede wszystkim jeździć, co rzecz jasna jest oczywiste. Ważne są jednak również kwestie estetyczne o których chłopaki nie zapomnieli, bo kolejnym etapem budowy był wyjazd do lakiernika. Oryginalnie BMW było w kolorze Calypsorot Metallic (zastanawiający jest fakt, że faceci na co dzień odróżniają zazwyczaj tylko kilka kolorów, ale jeśli chodzi o samochody, to sprawa wygląda zupełnie inaczej). U lakiernika natomiast, chłopaki podjęli decyzję, że zmienią go na Alpinweiss z palety BMW. W wyścigach płaskich szczególnie ważna jest waga samochodu, więc żeby pozbyć się kolejnych kilku kilogramów, zdecydowali się na wymianę maski i klapy bagażnika na te z laminatu. Przy okazji dla lepszego wyglądu zostały one pomalowane na czarno, co moim zdaniem fantastycznie podkreśliło charakter samochodu.

 

 

BMW E36 318is przeszło jeszcze szereg modyfikacji i testów. Ma także za sobą starty w długodystansowych wyścigach serii Makpak Endurance, ale o tym i o innych ciekawostkach opowiem w kolejnej części.

 

 

 

Dominik Pietraszek

Miłośnik motoryzacji, pasjonat klasycznych samochodów, petrolhead.