Suzuki Swift 1.2 SHVS Elegance [TEST]
kozackiesamochody.pl

Suzuki Swift 1.2 SHVS Elegance [TEST]

  • Dodał: Tomasz Małycha
  • Data publikacji: 27.08.2019, 11:30

Swift to model, który opiera się trendom i "jedzie pod prąd". Gdy inni szukają mocy - Suzuki odejmuje kilogramów.

 

To moje pierwsze dłuższe spotkanie z marką Suzuki. Nie wiedziałem czego się spodziewać, więc moje podejście było bardzo neutralne. Sam z niecierpliwością czekałem na tajemnicze "pierwsze doznania". Jakie więc one były?

 

Z zewnątrz Swift nie zmienia się znacząco od trzech generacji. Oczywiście, bez problemu można rozpoznać z jakim samochodem mamy do czynienia, ale przede wszystkim najważniejszym wyróżnikiem tego modelu jest "lewitujący dach" otoczony słupkami w czarnym kolorze. Przy tej okazji projektanci ukryli również klamki tylnych drzwi, przez co niektórzy nieświadomie będą chcieli wsiąść do drugiego rzędu poprzez odchylenie fotela… Dzięki temu linia szyb stanowi dookoła jednolitą całość, a dach sprawia wrażenie unoszącego się w powietrzu. Ile w tym prawdy, a ile marketingu, oceńcie sami. Moim zdaniem wygląda to bardzo dobrze i dodaje indywidualności w tak zapełnionym segmencie aut miejskich.

 

W podobnym guście narysowane jest wnętrze. Choć brak tu fajerwerków, to znajdują się tu detale cieszące oko. Szkoda, że jakość plastików nie jest choć odrobinę lepsza. Poza kierownicą i małym skrawkiem materiału pod łokciem właściwie wszystko jest wykute ze skały. Choć plastiki są paskudnie twarde, to nic nie trzeszczy pod naciskiem. Czyli typowo dla aut z Japonii - surowo, ale solidnie.

 

Ciężko dopatrywać się tu dużego polotu, choć są dwa miejsca, które wydają się aż nie pasować do reszty. Są to przepiękne zegary i stylowy panel klimatyzacji. Zestaw wskaźników naprawdę wygląda jakby był wzięty z pojazdu o segment-dwa wyższego. Duży wyświetlacz komputera pokładowego oferuje sporą liczbę funkcji, w tym te zupełnie do niczego nieprzydatne jak wykres gaz/hamulec, moc/moment obrotowy czy przeciążenia. Wysublimowane poczucie humoru jak na 90-cio konne auto. Jedynym mankamentem jest miniaturowy wskaźnik paliwa, który przez większość swojej "podróży" zasłania wskazówkę pokazującą po której stronie znajduje się wlew paliwa. Swoją drogą sam zbiornik paliwa również nie rozpieszcza, oferując jedynie 37 litrów pojemności.

 

Panel klimatyzacji przypomina nieco ten stosowany od niedawna w Renault, gdzie mamy trzy wyraźnie zarysowane "tuby". Mylące jedynie jest to, że środkowa jest tylko wyświetlaczem - nie posiada pierścienia umożliwiającego zmianę ustawień. Stąd też temperaturę regulujemy po prawej stronie, a po lewej - siłę nawiewu. Oczywiście możemy również zdać się na tryb automatyczny, do działania którego nie mam żadnych zastrzeżeń.

 

Pora powiedzieć coś więcej o zespole napędowym. W końcu na klapie bagażnika dumnie wisi znaczek "Hybrid". Nie jest to jednak pełnoprawna hybryda spalinowo-elektryczna (Yaris jest jedynym samochodem w tym segmencie oferującym to rozwiązanie), a układ tzw. "miękkiej hybrydy", gdzie samochód zawsze porusza się mocą silnika spalinowego, a jedynie wspierany jest prądem w momentach deficytu mocy. Jest to możliwe dzięki pozbyciu się dwóch elementów osprzętu - alternatora i rozrusznika, a następnie zastąpienia ich jednym układem nazywanym w Suzuki SHVS. Jakie to ma skutki? Ciężko tak naprawdę powiedzieć. Całościowe spalanie podczas testu wyniosło 4,7l/100km i właściwie pozostawało takie samo niezależnie od tego, czy jeździłem po mieście, czy też spokojnie w trasie. Co by nie mówić, jest to wynik bardzo, bardzo dobry. Właściwie jedynym zmartwieniem kierowcy w tej kwestii będzie niewielki bak, który nie pozwoli na przejechanie dużego dystansu bez tankowania.

Układ miękkiej hybrydy ma jednak inną, wspaniałą zaletę. Dzięki niemu układ start-stop działa zauważalnie szybciej. I to w dwóch znaczeniach. Przede wszystkim bardzo szybko potrafi uruchomić silnik, w związku z czym raczej nikt nie wyłączy tego systemu ze względu na jego toporne działanie. "Szybko" również system wyłącza silnik - dzieje się to już nieco powyżej 10 km/h.

 

Swift jako taką dynamikę pokazuje jedynie, gdy na pokładzie znajduje się sam kierowca. Wszystko dzięki zdumiewająco niskiej masie. “Dowodowe” 900 kilogramów robi wrażenie i nie jestem w stanie odnaleźć innego, równie lekkiego samochodu w tym segmencie. Dzięki temu Swiftem jeździ się niczym większym wózkiem sklepowym - odczucia z jazdy są bardzo bezpośrednie. Tym mocniej boli mnie, że zdecydowano się na zastosowanie bardzo miękkiego zawieszenia. W przypadku tak małych i lekkich samochodów nie zwiększa to aż tak komfortu, a przez to tracimy bardzo dużo na własnościach jezdnych. Swift, mając ogromny potencjał wagowy, niestety rozczarowuje w zakrętach. Przechyla się w nich bardzo mocno, co przy gwałtownych manewrach potrafi być zgubne. Po praktyczny przykład moich słów odsyłam do filmu na końcu artykułu.

 

Ostatnią niespodzianką jest dla mnie ogólna przestronność Swifta. Jak na miniaturowe wymiary (3840 mm długości), mieści on bez problemu czterech dorosłych, a i piąty jakoś powinien się zmieścić. W dodatku bagażnik również jest całkiem spory, oczywiście jak na segment samochodów miejskich.

 

Reasumując, po teście Swifta naprawdę nie potrafię zrozumieć dlaczego nie jest to jeden z najpopularniejszych samochodów w swoim segmencie. W najwyższej wersji, za 60 tysięcy złotych, oferuje niemal wszystko. Jest przestronny, zwinny i oszczędny. Przeciętny użytkownik raczej nie będzie się zamartwiać zbyt miękkim zawieszeniem czy przeciętną dynamiką, a wszystko inne jest tu conajmniej równie dopracowane jak u rywali. Być może sekretem niewielkiego udziału w rynku jest... brak modeli tej marki w innych popularnych segmentach rynku. Suzuki oferuje właściwie jedynie auta małe lub uterenowione. Zadomowiło się więc w dwóch niszach, które pozwalają im na spokojny rozwój, jednak moim zdaniem brakuje im obecnie odwagi i projektów takich jak Kizashi.

Tomasz Małycha – Poinformowani.pl

Tomasz Małycha

Redaktor działu Motoryzacja, twórca projektu KozackieSamochody.pl, z zamiłowania fotograf motoryzacyjny